lilia i dmuchawiec

tysiące nazwisk zaczyna się na wielkie A
a jeszcze więcej ginie w mrokach alfabetu
i wszystkie one we wzniosłym natchnieniu
drogę zbawienia pędzlem cierpliwie rozjaśniają

a ty może skłamałaś o dmuchawcu na obrazie
wydaje się kłamstwem żeby on w oczach utkwił
gdy tam triumfuje niepokalany błękit i purpura
i pokraczne hołdy składa wszystko co żywe

jak mogłaś nie opowiedzieć mi o wciąż białej lilii
przeczystej lilii zwiastującej chwałę nawet tutaj
błogosławieństwo prawdy jest tobie nieznane
a to co usłyszałem musi być objawem szału

ja jestem z tych co potrzebują sprawdzić
cokolwiek z góry dane stanie się obiektem badań
dlatego na własne oczy chciałem to zobaczyć
co tak zwyczajnie o dmuchawcu ogłosiłaś

i widzę ptaka któremu mistrz łaskawie pozwolił
bezpiecznie przycupnąć na stole w pobliżu świętości
kto wie czy okruch jemu przypadkiem przynależny
nie jest z jakichś powodów istotą naszej egzystencji

tło – ono mówi wiele – ten konny jeździec dokąd
tak w oddali gna gdy łagodne rysy świat uspokajają
pod cichym drzewem tych dwoje zakochanych
dlaczego swoją rozmowę ledwie może wydyszeć

można ciągnąć by dalej bo siedem gór i siedem rzek
i w chacie mieszkali i mieli dwunastu synów i córek dwanaście
i oczywiście zaczynali się na wielkie A
i jeśli mieli szczęście spoczęli w cieniach alfabetu

nie bój się nie dotknę twojego dmuchawca
już nie mów o nim bym go nie zbezcześcił
wierzę że jest tam wystarczy mu w kąciku miejsca
i wiem że tobie wystarczy jego życie – on żyć umie

białe dłonie na biurku

jest taki gest obejmowania głowy
że innych równych gestów nie ma
są takie ukochane głowy do objęcia
że gdy ich nie ma dech oniemia
a wtedy każda niepoukładana głowa
jest przyrównana do minionych
za tamte ją w ramionach chowasz
i więzisz bo tej ofiary chcą demony

a jednak sterylna wiedza ma szczeliny
dobrze że można przez nie przejrzeć
bez nich skończyłoby się na obarczaniu winą
niewinnych żeby nie cierpieć cierpieć mniej lżej
więc szczęście że wiedza ma szczeliny
w szczeliny nieszczęśliwy głos dociera
bo chyba o niego chodzi od godziny
a on do umierania jeszcze się nie zbiera

uwolnij głowę z objęć niechaj wiatr w niej hula
niech głąb kapuściany słoma sieczka niech
będzie postrzeleniec wariat co się w lęku kuli
niech w nim i wokół niego będzie głupi śmiech
jest taki szybki ruch głębokich smutnych oczu
że pewnie nie zdążysz wypowiedzieć słowa
krąg się rozchodzi a dokąd słowa się potoczą
nie możesz wiedzieć i ufaj nadziejo sierpniowa

Czucie w rękach

Mam wrażenie, że ostatnio wszystko staje się bardzo ogólnikowe, a w najlepszym razie, kiedy już schodzi się z piedestału prawd uniwersalnych, dostajemy mniej lub bardziej szkicowe exemplum. Nie reaguję w żaden sposób na takie pouczenia, bo w żaden sposób nie przystają do mojej bardzo konkretnej egzystencji. Ale dzisiaj, z pewnym opóźnieniem wynikającym z nieobecności, dostałem solidną lekcję od ojca.

Bo kiedy wczoraj w moich rękach mosiężny pręt Ø6 pękł, jakby obrażony na brutalne jego potraktowanie, a dwie mosiężne blaszki o grubości 1mm, które wydawały się takie delikatne, takie plastyczne, nagle się złamały, wzbudzając daremne pragnienie cofnięcia czasu, czego skutkiem były głupie przecież próby dopasowania dwóch odłamanych części, zrozumiałem. Zrozumiałem mosiądz. I przypomniałem sobie ojca.

Ojciec nigdy mi nie ufał. Nie że nie ufał w ogóle, nie ufał mi w wielu konkretnych sprawach, choćby w sprawie śrub. Zawsze przekręcałem śruby. Potrafiłem nawet przekręcić śrubę stalową Ø12, na której można powiesić bojler o pojemności 80 litrów. Który oczywiście nie został powieszony z powodu przekręconej śruby. Dlatego mi nie ufał w sprawie śrub, ale powtarzał, że kiedyś zrozumiem.

Tak, zrozumiałem. Nie jestem sam ze swoją potęgą jak projektowany teoretycznie nadczłowiek, który staje się nim w relacji do innych ludzi, a nie jest w żaden sposób określony wobec świata. Łamać metale potrafi byle chłystek. Ja zrozumiałem, że nie łamać jest o wiele trudniej.

dziewczyna z nadmorskiej lodziarni kupuje Horacego

Każdemu kres jednaki, czy wcześniej,
czy później los wyrzuci urna
i w kraj wiecznego wygnania
popłyniesz z pluskiem czółna.
Horacy, „Carmina”, II, 3

jak na rzymskiej prowincji tkwimy na końcu bursztynowego szlaku
sine morze nigdy nie sięgnie wyżyn lazuru
a emanacje potęgi kiedy dotrą jeżeli dotrą to tylko pomniejszone

ale tkwimy czekając na zdarzenia które wyniosą nas do sławy
a może nawet sens nam znajdą w dobrej cenie
choćby to miał być nie z naszej winy nie całkiem złoty półśrodek

żeby jednak wiedzieć cokolwiek o sobie weźmy za przykład drewno
jego prosta postać da się urobić natychmiast
tak chcielibyśmy na zawsze a drewno wbrew nam krzywym głosem jęczy

z tego co widzieliśmy nie potrafimy złożyć koślawych sprzętów
bo dławi nas żal na podobieństwo śmierci
niech jednak one skrzypią od wilgoci i słońca wchłaniają ludzki zapach

dziewczyno wypowiadane głośniej słowo to fotel porzucony na brzegu
można rozsiąść się i zadrzemać
a kiedy się zbudzisz do życia powrotna fala podetnie ci szczupłe nogi

dlaczego na promenadzie znalazłaś wyrzuconego z domu jakiegoś Horacego
nie wiesz nic o nim i o mnie nic
jakie znaki ci podpowiedziały że w nagłym rezonansie wrócą długie fale

to ja ci opowiem jak Swetoniusz w pośpiechu o tym za kogo mamy Horacego
oto jest on poetą i przyjacielem
i spoczął jako przyjaciel dozgonny w grobie obok swojego przyjaciela

tyle na początek i dodam że lustra w których Amor powielał dokonania
jak je biograf rzeczowo rumieni
to najciekawsza być może w krótkim sezonie rzecz pod pod słońcem

co z tego że wielkim poetą był Horacy i pomnik sobie po wieki wystawił
i że nie cały umarł lub nie wszystek
to bez różnicy podobno mały był i pulchny a tego nie zmienią pokolenia

lecz był ten człowiek z pamięcią niewolnika jakoś po ludzku sobie wierny
i jakoś godny moim zdaniem
a jego skromne zdanie jak falochron ze spaczonych bali trwa fala po fali

kiedy ciebie zobaczę a pewnie zobaczę za kilka tygodni (jak to długo)
usłyszysz kilka pytań (jak to mało)
na więcej nie ma co nawet liczyć bo trzeba długiej ciszy żeby zabrzmieć

Wyrwani ze snu

Istnieje pewna prawidłowość polegająca na tym, że lubimy bohaterów swoich snów. Dowodem jest mój pies, którego lubię mocniej, odkąd pożarł go na piaszczystej drodze waran, przebrzydły jaszczur, z którym Kaspi próbował się po swojemu naiwnie witać. Nie uratowałem go mimo determinacji, niestety, ale rano, o dziwo, jak zwykle zaczął mnie budzić i jest mi przyjacielem.

Nawet co lepsze koszmary potwierdzają opisaną przez mnie zasadę, jako że widząc kogoś, kto we śnie wystąpił we wstydliwym charakterze zmory, jesteśmy skłonni wierzyć, że na jawie tak być nie może. Wybaczamy nieświadomemu swój koszmar. A poza tym wiemy o tej osobie coś, czego ona nie wyczyta w naszych oczach i nie usłyszy z naszych ust. Zresztą – niech wyczyta, i w końcu się jakoś ucieleśni.

Niech się przywita na piaszczystej drodze.

W kilka susów

Pewnego słonecznego dnia w centrum pewnego miasta kłębił się pewien tłum. Jasna sprawa, że w tłumie nie widać nikogo, chyba że ktoś się z pewnych powodów nie kłębi. Jeśli w obrazie miasta nastąpi taka chwilowa przerwa, zakłócenie, to natychmiast uwaga skupia się, a domniemania jedno po drugim zaludnią wyjałowioną głowę. Takim zakłóceniem może być na przykład bezruch przechodnia. A jeśli ten przechodzień dodatkowo jest przykładowo mało młody, żeby nie powiedzieć niemłody, i to nieodwołalnie, wstrzymujesz swoje zwyczajowe cholerne pieprzenie na nędzę egzystencji, i w końcu widzisz. A to dopiero początek.

Siwiutki, wysoki, wychudzony, stoi w czarnym garniturze w upał, nieskazitelna biała koszula, czarny krawat. Rozgląda się. Kwiaty, szuka kwiatów, bo cmentarz jest skrzyżowanie dalej.

I tak rozważony obraz, fragment miejskiej mozaiki mógłby pozostać w tym miejscu, w którym go wytworzyłeś, gdyby nie to, że wdarł się do niego żywy człowiek. Żywy człowiek blisko cmentarza. Staruszek goni przez główną ulicę jak czarny jeleń przez autostradę, a ja nie mogę oderwać od niego wzroku. Po drugiej stronie nagle się zatrzymuje, ma kawałek trawy przy ulicy przed kwiaciarnią. I wtedy robi coś, co mnie porywa. On skacze przez trawnik tak, jak mógłby to robić chłopiec. Hop hop hop.

Myślę o tej scenie już kilka dni. Jeżeli mam się spieszyć na cmentarz, to tylko tak.

dlatego cedzę

czy to w pustce czy w bieli
kamyk w sercu omywa chłód
ja teraz wszystko co powiedzieli
mam jak dywan u stóp

ścieli się w wyblakły wzór kości
bezład jak każdy los
tak byłem bliski nagości
bezbronnej dosłownie o włos

ktoś spytałby co z tym włosem
nic ano dosłownie nic
uleciał za wołającym głosem
tylko że nie zapyta nikt

i dobrze jest i pięknie od razu
bo oczodoły patrzą spod nóg
bo życie bieżące to strata czasu
lej próżni nieoznaczony punkt

wyrazy wdzięczności dla poetycznych trupów
z każdym krokiem grzechot ich słów
by wstąpić w wieczność po słów obłym bruku
a nie ma słów z nie utraconych głów

prosta fujarka należy się za przetrwanie
bym się odważył na jeden dźwięk
nagi dureń z fujarką na kościanym dywanie
urok i wdzięk sam urok i wdzięk