mężczyzna ogląda apaszkę z Milanówka

tyle szczegółów pomija ciężkie męskie oko
nie że niezgrabnie ręka jedwab zgniecie
inaczej – ręka boi się zgłębić miękkość
więc oko ślepe choć tak widzieć pragnie

pragnie harmonii i jeżeli w puste miejsce
wpadnie męskie oko – tym bardziej pustoszy
by do ideału tej pustki wszystko pasowało
i zamiast miękkość zgłębić mocniej ślepnie

miłość rozkładać jak złotą blachę gdy się kuje
z ziarna złotego – wypukłe są słowa poety
jak złota maska pośmiertna ale zwykły żywy
mężczyzna nie jest wypukły jest wciąż płaski

i marzy by kwiecista materia owionęła szyję
na szyi umieszcza w myślach obraz głowy
obraz głowy wieńczy obraz kochanej kobiety
a całość na piedestale męskiej pustki

takie są najskrytsze marzenia mężczyzny
których nie wypowie nawet przed sobą
bo ani złote rękodzieło ani gładkie słówka
nic nie mogą przeciw malowanym kwiatom

dlatego trochę boi się jedwabiu mężczyzna
mądra była dłoń mistrzyni – kwiaty zrozumiała
i dała je po prostu tak jak one sobie żyją
zgnieść je może każda inna niecierpliwość

co skrywają i przed czym chronią kwiaty
kiedy w popłochu przed nimi cofa się oko
a nieśmiała męska dłoń bezradnie się tuli
dopóki nie zostanie w pustce odnaleziona

Reklamy

mój pierwszy dzień zimy

ucichły gazety kamery oślepły
wzrok ślizga się po czarnym ekranie
książki na półce w żałobnym kondukcie
milczą tak jak milczeć należy

to jest dzień pierwszy zimy
zbiec nie ma dokąd tkwi się
łapie balans na cienkim równoleżniku
tkwi się jeszcze nie spada

dawniej pewnie gorzej się wiodło
cisza sama z siebie gniotła
i naprawdę gliną był człowiek
tak zdumioną że chce usta otworzyć

ale teraz usypane sterty znaków
nic nie mówiące połamane litery
złudna obecność znaczenia
jak szron na kopcach liści

w tej zimnej szarej godzinie
reliktem życia jest nikłe ciepło
można je nieść jak pochodnię
w zgrabiałych dłoniach jedynych

niech ożyje do czego się zbliżę
o ile życie jest do do pojęcia
o ile trzeba do czegoś życia
o ile życia do czegoś trzeba

brzydki wieczór

taki dzień że chlapa
szmer butów powraca
w kominie dmucha uparcie
niedługo dzień minie

rzadkie są dni słoneczne
szare światło aż piecze
plotą brednie z ekranu
patrzę na nie bezwiednie

coś ciśniesz mnie losie
jak do psa mówię półgłosem
bo lata też płyną bezwiednie
a nie wiem w czym strata

mogłoby być tyle a tyle
osiągać by można wielkie cele
ale zgina się mocno postać
i nie poznana przyczyna

o tak bywają takie chwile
że ogarnięty jestem wirem
nosi adrenalina po kątach
i wtedy mniej się zginam

ożywiona materia i chemia
obraz człowieka mi ściemnia
resztki osoby cyfry litery
organy we mnie podroby

nie ma piękna ten wieczór
tapczan na wprost telewizor
to ciało granice wciąż zwęża
by boleć od zimna przestało

o duchu gdzieś poza mną
tajemnico nazbyt karkołomna
jakby dla zabawy są wyjaśniane
wszystkie ziemskie sprawy

mimika i aktualności

swoje najnowsze pomysły
życie nakłada nam pod oczy
i dnia któregoś nieokreślonego
dookreślenie potrafi zaskoczyć
zmarszczkami ale to bagatela
choć każda bardziej onieśmiela

głupio i wstyd obecnie dojrzewać
śmiesznie nie być aktualnie młodym
bo dnia każdego słońce wstaje jaśniej
a jeśli świat przejściowe niepogody
obrzydzą zdaje się to zbyt banalne
jak na światowe prognozy aktualne

a gdyby tak pozostać jak na progu
utknąć zaczepić o klamkę rękawem
wplątać się w te nasze dni niezdarne
pomyśleć by można że niebawem
zbawienne iluzje dadzą wytchnienie
choć nie w iluzji pocieszenie

sprzeczność dojrzewa razem ze mną
jak wikłam się w paradoks mi mówiono
bo sensu chcę chcąc uniknąć sensu
a chyba wolę wiedzieć że zgubiono
z mądrym człowiekiem co miał w darze
mimo że znaleźć na nowo się każe

o wietrze i rodzajach milczenia

wśród ludzi łatwiej
obnosić swoją samotność
milczenia jest wtedy tyle
ile przestrzeni pokojów i kuchni
opustoszałego domu

starcza nawet miejsca
na wszystkie sprawy
całej nieszczęśliwej ludzkości
jak sproszone zjawiają się
ogólne kwestie i dylematy

a metafizyka wytacza z ust
nasz cel ostateczny
i czuję się jakbym spluwał
jak jakiś pierwszy z brzegu
niegrzeczny chłopak

ale w takim milczeniu
unosi się coś w rodzaju bólu
niby para herbaty
po którą sięgała twoja dłoń
a ja mówiłem mówiłem

milczę czyli ciebie nie ma
coraz mnie mniej w słowach
pewnie kilka przetrwało
jak kubek talerzyk i łyżeczka
po twoim wyjściu

tylko że nie zabrzęczą
prędzej czy później uprzątnięte
zostanie prawdziwe
nieludzkie milczenie
jakby wiatr wygładzał obrus

poranek i wieczór – dzień kolejny

Czas z krwi i kości powstaje
zarzuca starą opończę
godziny u stóp Jego się kłębią
jak sfora psów gończych

taką Czas przywdziewa postać
by tło wskrzesić za oknem
co było martwe w nocy
martwe nie może pozostać

więc ujadają Czasu pupile
żywotne bestie pana swojego
gonią mnie w ulic sieć łowczą
a mam na życie tylko chwilę

chcę zdążyć tego a tego dnia
w miesiącu takim a takim
pod koniec roku tego a tego
powiedzieć że ja to wciąż ja

przechodniu który mijasz
w swojej sprawie co zrobisz
ma Czas kija dobrego na ciebie
popędza na zimny brzeg grobu

przestrogą ciebie pozdrawiam
gdy w nogach zaczyna być miękko
gdy ręką zaciskasz powietrze
a ziemia się staje udręką

nie czeka Czas to wiem
i ja też nie czekam zdrowo
bo kiedy śnię to sen śnię
a kiedy nie śnię to śnię mowę

w mowie jest jakaś zawiłość
jak w skrętach wężowej kuli
lecz prosty jest ten kto martwy
tylko żywy potrafi przytulić

można się w mowie schronić
nieszczęsnej a jednak pieszczącej
jedynie ona codzienny trop zmyli
by ustrzec się Czasu pogoni

gwiaździsta nocy

światło gwiazd ma moc
przenikać z pustki wprost
nie gorzej od wiatru
od liści szelestu nie gorzej
nie gorzej od psa szczekania
od mrozu nie gorzej
tę we mnie zgorzel

wtóruję nocy wymownej
nie bohater i nie świadek
ani pierwszy ani ostatni
jeden z niewielu też nie
najprostszy przypadek gap
w ciszę nocy zasłuchane
ucho gumowe

a nie znają wcale granic
wywleczone w kosmos zmysły
reszta w pustkę obleczona
uleczone reszty rany
nicią losu przewleczone
balansują zmysły
na nic