gwiaździsta nocy

światło gwiazd ma moc
przenikać z pustki wprost
nie gorzej od wiatru
od liści szelestu nie gorzej
nie gorzej od psa szczekania
od mrozu nie gorzej
tę we mnie zgorzel

wtóruję nocy wymownej
nie bohater i nie świadek
ani pierwszy ani ostatni
jeden z niewielu też nie
najprostszy przypadek gap
w ciszę nocy zasłuchane
ucho gumowe

a nie znają wcale granic
wywleczone w kosmos zmysły
reszta w pustkę obleczona
uleczone reszty rany
nicią losu przewleczone
balansują zmysły
na nic

Reklamy

strach bez zniżki

podobno prawda jest prosta tylko są znaki zawodne
i tak się zdezorientować i tak się uprościć w formę

odwrotność prawdy wytłacza piętno na twarzach mijanych
lecz twarz własna nie więcej niesie niż odwrotności znamię

a dłoń znajduje monetę i puszcza w powolny obrót w kieszeni
czego się  dłoń dotknie człowieka to ma się prawo odmienić

dlatego dłonią nieufnie ale uparcie przeciągam po twarzy
tak chciałbym wierzyć że więcej odmiana jej się nie zdarzy

i twarz jednak nagle obracam i chowam w iluzorycznym domu
gdzie po omacku w nocy odkrywam niski nominał symptomów

ich oczywistość prędzej od kurzu narasta w kalekie tętno
im częściej spowalnia serce tym prostsza linia i obojętność

objawy pełne utraty smaku porannej gorzko samotnej kawy
utraty ciszy gdy wtargnie miasto razem ze świtem złotawym

gdy drzwiami oknami wtargnie gdy w miasto dom się zapadnie
gdy z twarzą utracę siebie gdy w znakach prawdy nie zgadnę

spis telefonów

po co znowu chcę pisać o ojcu
gdy mam coraz więcej problemów
z własną cholerną pamięcią
może po prostu jego pamięć
nie była gorsza od mojej pamięci
bo długi numer telefonu do mnie
recytował naprawdę bez zająknienia
nawet z radosną dumą chłopaka
i przechwalał się że od końca
mógłby w środku nocy powtórzyć

zeszyt w szarej tekturowej okładce
zobaczyłem gdy miał już grube okulary
okulary kogoś kto zasłużył się życiu
ale to żadna jednak zasługa
że syn który poznał już co nieco
śmie chwalić to co tyle lat bolało
zwykły zeszyt w piękną kratkę
niedługo pozostał dziewiczy
ojciec z pamięci notował telefony
i jak nie znałem jego krętych dróg
nigdy nie poznałem porządku spisu

za to widziałem jak ułożyło się pismo
linie proste łagodnie przed czymś ugięte
elipsy i koła bliższe życiu niż geometrii
szóstki nie można było pomylić z piątką
dziewiątka i trójka zawsze od siebie różne
kogo na liście spotkałem nie pamiętam
bo spotkałem potem wielu innych
których nie pamiętać lepiej niż pamiętać
ale mój ojciec swoim pięknym pismem
mierzył kochanych i znienawidzonych
równo jakby do piękna mieli to samo prawo

chciałbym powiedzieć że to kartka zeszytu
te dziesięć ostatnich lat ale to zmyślenie
bo ani one puste ani gotowe na cokolwiek
minęły bez żadnego śladu w mojej pamięci
choć ona wciąż zostawia po sobie jak niechluj
i wtedy właśnie odzywa się stamtąd ojciec
który chwalił się moim numerem telefonu
a poza tym to marnował słów niewiele
ja jednak widzę jego piękne pismo
jakby wygarbował mi starannie skórę

historia naturalna

dlatego właśnie lubię ten szum gdy pada deszcz
oko staje się mniej ważne niż ucho
wolnych tonów w deszczu więcej niż gdy jest sucho

w nocy szeptali i jeszcze zaszepczą mędrcy tego świata
że deszcz jest oczyszczeniem
ale jak w nawołujących głosach usłyszeć szeptu brzmienie

starałem się mocno jak zbyt rzadko chwalone dziecko
pokazać że sens rozumiem
a deszcz wciąż każe mi sens i siebie gubić w tłumie

deszcz imię tłumu zmyje ucichną wzniesione dłonie
wtedy być może zasnę
bo w tłumie szybko zapala się ogień ale światło gaśnie

chciałbym powiedzieć po prostu że wiem jak ze mną było
by jeszcze raz uwierzyć
i znam dobrze uczucie ugięcia przed tym co zrobić należy

jakby dławił potwory tak na mnie patrzył rzeczowy historyk
gdy w mokrej koszuli ja szaleniec
żądałem odpowiedzi w dwa tysiące dziesiątym roku w IPN-ie

lubię gdy deszcz bo zdejmuje z moich ust zapiekłą pieczęć
ale że nic we mnie z dziecka
głęboko w szufladzie wala się sponiewierane białe świadectwo

liczcie się liczcie bo będzie pewnie gdzieś tam policzone
czy jeden więcej znaczy niż wielu
a ja pamiętam jak mówiono wściekle ty gnoju nie obywatelu

z gnoju powstałem i wrócę do gnoju proch był dla innych
taka to stara brzydka rana
co można z poniżeniem zrobić gdy wolność zemsty dano

wielkie słowa a człowiek mały ja sam się w końcu określę
przeszłości swój żal wyrzucę
dlatego lubię szum gdy deszcz on uczy jak do świata powrócić


IPN – Instytut Pamięci Narodowej

w skrócie

raz tylko zebrałem polne kwiaty
dopiero teraz na progu pięćdziesiątki
wstawiłem je w kuchni do wazonu
który ocalał jak na wykopalisku
już nie wiem od kiedy ale był

ozdobione rosą kwiaty cieszyły oczy
w chłodnych godzinach poranka
ale stopniowo traciły jędrność
jeden po drugim stawały się wiotkie
chyliły pyszne główki coraz niżej

a ja częściej zaglądałem do kuchni
nie mogłem wysiedzieć spokojnie
i ciągle badałem gdzie padają cienie
tak mi pozostało pod pięćdziesiątkę
naprawdę nie mam pojęcia skąd

dotykałem płatków i byłem zdziwiony
że tak nikłe istnienie na granicy niebytu
dźwiga brzemię tak ciężkich kolorów
wszystko to dokonało się w dwa dni
podczas gdy nadal upływało życie

a wiadomo jak marnie krótkie jest ono
i z kwiatów chce mówić o tym od zawsze
prostszej prawdy pewnie nawet nie ma
jednak odważyłem się jako dojrzały facet
zamoczyć buty w rosie także dla nich

deszcz na progu nocy

wytkniętą ciepłą wodzisz dłonią
po szybie którą letni deszcz przesłonił

wypukłe strużki kropel tak nieregularnie
rwą się jak realności ziarna czarne

dobre i one brać je ostrożnie należy
żeby choć ich nie sprzeniewierzyć

bo w tobie i w twoim przeciwieństwie
innego obrazu szukać to szaleństwo

a co granicom wymyka się określeń
świadomość chroni izolując w pieśni

więc przed tandetnym szałem jest obrona
diabeł nie skrzesze iskier spod ogona

wystarczy wyciągnąć do ciemności dłonie
by ujrzeć jak jasność w kroplach tonie

piosenka o mówieniu

jest szpaler drzew i cień w szpalerze
jest w cieniu krok a rytm jest w kroku
a w pauzie rytmu przyczaja się zwierzę
sprężone ciało gotowe do skoku

i tak idziemy jedną z dawnych dróg
z tematem dość luźnym życie nasze
na kocich łbach jest butów stuk
jest w stuku płomień którego nie ugaszę

tak bardzo pragnę załagodzić rytm
rozsupłać węzły pauz i dźwięków
żeby zobaczyć pejzaż płaskich wydm
żeby wypuścić stado słów miękko

jest jeszcze ptak w rzęsie jak przecinek
ale odleci zdmuchnięty bezcelowym wiatrem
zostanie błękit nieba morza i poczucie winy
że ja jestem martwy i morze jest martwe

tylko że można w morze wejść boso
nawała fal zagłuszy co świat podpowiada
ziarenka piasku zasyczą w wielogłosie
wtedy prosto w przestrzeń wiadomość nadaj