o wietrze i rodzajach milczenia

wśród ludzi łatwiej
obnosić swoją samotność
milczenia jest wtedy tyle
ile przestrzeni pokojów i kuchni
opustoszałego domu

starcza nawet miejsca
na wszystkie sprawy
całej nieszczęśliwej ludzkości
jak sproszone zjawiają się
ogólne kwestie i dylematy

a metafizyka wytacza z ust
nasz cel ostateczny
i czuję się jakbym spluwał
jak jakiś pierwszy z brzegu
niegrzeczny chłopak

ale w takim milczeniu
unosi się coś w rodzaju bólu
niby para herbaty
po którą sięgała twoja dłoń
a ja mówiłem mówiłem

milczę czyli ciebie nie ma
coraz mnie mniej w słowach
pewnie kilka przetrwało
jak kubek talerzyk i łyżeczka
po twoim wyjściu

tylko że nie zabrzęczą
prędzej czy później uprzątnięte
zostanie prawdziwe
nieludzkie milczenie
jakby wiatr wygładzał obrus

Reklamy

poranek i wieczór – dzień kolejny

Czas z krwi i kości powstaje
zarzuca starą opończę
godziny u stóp Jego się kłębią
jak sfora psów gończych

taką Czas przywdziewa postać
by tło wskrzesić za oknem
co było martwe w nocy
martwe nie może pozostać

więc ujadają Czasu pupile
żywotne bestie pana swojego
gonią mnie w ulic sieć łowczą
a mam na życie tylko chwilę

chcę zdążyć tego a tego dnia
w miesiącu takim a takim
pod koniec roku tego a tego
powiedzieć że ja to wciąż ja

przechodniu który mijasz
w swojej sprawie co zrobisz
ma Czas kija dobrego na ciebie
popędza na zimny brzeg grobu

przestrogą ciebie pozdrawiam
gdy w nogach zaczyna być miękko
gdy ręką zaciskasz powietrze
a ziemia się staje udręką

nie czeka Czas to wiem
i ja też nie czekam zdrowo
bo kiedy śnię to sen śnię
a kiedy nie śnię to śnię mowę

w mowie jest jakaś zawiłość
jak w skrętach wężowej kuli
lecz prosty jest ten kto martwy
tylko żywy potrafi przytulić

można się w mowie schronić
nieszczęsnej a jednak pieszczącej
jedynie ona codzienny trop zmyli
by ustrzec się Czasu pogoni

gwiaździsta nocy

światło gwiazd ma moc
przenikać z pustki wprost
nie gorzej od wiatru
od liści szelestu nie gorzej
nie gorzej od psa szczekania
od mrozu nie gorzej
tę we mnie zgorzel

wtóruję nocy wymownej
nie bohater i nie świadek
ani pierwszy ani ostatni
jeden z niewielu też nie
najprostszy przypadek gap
w ciszę nocy zasłuchane
ucho gumowe

a nie znają wcale granic
wywleczone w kosmos zmysły
reszta w pustkę obleczona
uleczone reszty rany
nicią losu przewleczone
balansują zmysły
na nic

strach bez zniżki

podobno prawda jest prosta tylko są znaki zawodne
i tak się zdezorientować i tak się uprościć w formę

odwrotność prawdy wytłacza piętno na twarzach mijanych
lecz twarz własna nie więcej niesie niż odwrotności znamię

a dłoń znajduje monetę i puszcza w powolny obrót w kieszeni
czego się  dłoń dotknie człowieka to ma się prawo odmienić

dlatego dłonią nieufnie ale uparcie przeciągam po twarzy
tak chciałbym wierzyć że więcej odmiana jej się nie zdarzy

i twarz jednak nagle obracam i chowam w iluzorycznym domu
gdzie po omacku w nocy odkrywam niski nominał symptomów

ich oczywistość prędzej od kurzu narasta w kalekie tętno
im częściej spowalnia serce tym prostsza linia i obojętność

objawy pełne utraty smaku porannej gorzko samotnej kawy
utraty ciszy gdy wtargnie miasto razem ze świtem złotawym

gdy drzwiami oknami wtargnie gdy w miasto dom się zapadnie
gdy z twarzą utracę siebie gdy w znakach prawdy nie zgadnę

spis telefonów

po co znowu chcę pisać o ojcu
gdy mam coraz więcej problemów
z własną cholerną pamięcią
może po prostu jego pamięć
nie była gorsza od mojej pamięci
bo długi numer telefonu do mnie
recytował naprawdę bez zająknienia
nawet z radosną dumą chłopaka
i przechwalał się że od końca
mógłby w środku nocy powtórzyć

zeszyt w szarej tekturowej okładce
zobaczyłem gdy miał już grube okulary
okulary kogoś kto zasłużył się życiu
ale to żadna jednak zasługa
że syn który poznał już co nieco
śmie chwalić to co tyle lat bolało
zwykły zeszyt w piękną kratkę
niedługo pozostał dziewiczy
ojciec z pamięci notował telefony
i jak nie znałem jego krętych dróg
nigdy nie poznałem porządku spisu

za to widziałem jak ułożyło się pismo
linie proste łagodnie przed czymś ugięte
elipsy i koła bliższe życiu niż geometrii
szóstki nie można było pomylić z piątką
dziewiątka i trójka zawsze od siebie różne
kogo na liście spotkałem nie pamiętam
bo spotkałem potem wielu innych
których nie pamiętać lepiej niż pamiętać
ale mój ojciec swoim pięknym pismem
mierzył kochanych i znienawidzonych
równo jakby do piękna mieli to samo prawo

chciałbym powiedzieć że to kartka zeszytu
te dziesięć ostatnich lat ale to zmyślenie
bo ani one puste ani gotowe na cokolwiek
minęły bez żadnego śladu w mojej pamięci
choć ona wciąż zostawia po sobie jak niechluj
i wtedy właśnie odzywa się stamtąd ojciec
który chwalił się moim numerem telefonu
a poza tym to marnował słów niewiele
ja jednak widzę jego piękne pismo
jakby wygarbował mi starannie skórę

historia naturalna

dlatego właśnie lubię ten szum gdy pada deszcz
oko staje się mniej ważne niż ucho
wolnych tonów w deszczu więcej niż gdy jest sucho

w nocy szeptali i jeszcze zaszepczą mędrcy tego świata
że deszcz jest oczyszczeniem
ale jak w nawołujących głosach usłyszeć szeptu brzmienie

starałem się mocno jak zbyt rzadko chwalone dziecko
pokazać że sens rozumiem
a deszcz wciąż każe mi sens i siebie gubić w tłumie

deszcz imię tłumu zmyje ucichną wzniesione dłonie
wtedy być może zasnę
bo w tłumie szybko zapala się ogień ale światło gaśnie

chciałbym powiedzieć po prostu że wiem jak ze mną było
by jeszcze raz uwierzyć
i znam dobrze uczucie ugięcia przed tym co zrobić należy

jakby dławił potwory tak na mnie patrzył rzeczowy historyk
gdy w mokrej koszuli ja szaleniec
żądałem odpowiedzi w dwa tysiące dziesiątym roku w IPN-ie

lubię gdy deszcz bo zdejmuje z moich ust zapiekłą pieczęć
ale że nic we mnie z dziecka
głęboko w szufladzie wala się sponiewierane białe świadectwo

liczcie się liczcie bo będzie pewnie gdzieś tam policzone
czy jeden więcej znaczy niż wielu
a ja pamiętam jak mówiono wściekle ty gnoju nie obywatelu

z gnoju powstałem i wrócę do gnoju proch był dla innych
taka to stara brzydka rana
co można z poniżeniem zrobić gdy wolność zemsty dano

wielkie słowa a człowiek mały ja sam się w końcu określę
przeszłości swój żal wyrzucę
dlatego lubię szum gdy deszcz on uczy jak do świata powrócić


IPN – Instytut Pamięci Narodowej

w skrócie

raz tylko zebrałem polne kwiaty
dopiero teraz na progu pięćdziesiątki
wstawiłem je w kuchni do wazonu
który ocalał jak na wykopalisku
już nie wiem od kiedy ale był

ozdobione rosą kwiaty cieszyły oczy
w chłodnych godzinach poranka
ale stopniowo traciły jędrność
jeden po drugim stawały się wiotkie
chyliły pyszne główki coraz niżej

a ja częściej zaglądałem do kuchni
nie mogłem wysiedzieć spokojnie
i ciągle badałem gdzie padają cienie
tak mi pozostało pod pięćdziesiątkę
naprawdę nie mam pojęcia skąd

dotykałem płatków i byłem zdziwiony
że tak nikłe istnienie na granicy niebytu
dźwiga brzemię tak ciężkich kolorów
wszystko to dokonało się w dwa dni
podczas gdy nadal upływało życie

a wiadomo jak marnie krótkie jest ono
i z kwiatów chce mówić o tym od zawsze
prostszej prawdy pewnie nawet nie ma
jednak odważyłem się jako dojrzały facet
zamoczyć buty w rosie także dla nich