Brodski

mam apetyczną w kubku kawę
wiersze mam w równym słupku
a choć wspomnienia szmatławe
to mimo wszystko się cieszę
cztery litery wbite w fotel
co będzie to będzie potem

wpijam się w twoje słowa
przaśne jak kwas chlebowy
i nie widzę wcale powodu
by syn swojego narodu
wyklęty za życia tyranów
nie miał budzić mnie rano

więc raz jeszcze porusz
bo tyle już lat twoje wiersze
jak robak drążą ideału jabłko
a że zwykle jest tu miałko
to razem sobie pomału
wyjaśnimy co mi się stało

byłem za młody na piękno
szumiały jeszcze wody
i mrok w głowie gęstniał
i życie wisiało na włosku
gdy w kiosku dworcowym
kupiłem „Eklogę czwartą (zimową)”

i całą długą czytałem drogę
a droga zanadto się przedłużyła
i zdarzyła się miłość i kres
a olszynka z wiersza jest
„dostępna oku w ciemności”
nie tak jak nieproszeni goście

a zaklęty w egzystencji bóle
nie słyszę tego co nachalnie
brzęczy w skroni i czyjejś dłoni
domaga się by pajęczą sieć
gestem czułym z sylwetki starła
bo stała się na wpół umarła

potrzebuję z tobą dialogu
wykarmiony na bagnistym niżu
tracę słowa jak traszka ogon
i nic ci według mnie po spiżu
pomnika bo poezja to śniedź
z formy wiecznie chce umykać

zazdrościć tobie nie mogę
bo pewnie nieraz myliłeś nogi
strudzony wędrowcze – znaczy
dokonałeś morderczej pracy
lecz wiedz że włosy mi jeży
żal którym żeś świat zmierzył

i dziękczynienie mnie rozczula
a gdy natrętnego słucham radia
twój głos jakby zawodziła matula
przebija się przez obce newsy
niosące płacz i zgrzytanie zębów
reszta jest wróżeniem z fusów

Reklamy

o czerpaniu ze słońca

jest w twoim świetle esencja
ale jest też jej uporczywy brak
i kiedy powoli ciśnie mnie
i kiedy bardzo chciałbym wołać
tym bardziej zaciskam usta

sznuruję usta jak znoszone buty
bo wypowiedzieć ciemnej ziemi
nie umiałbym z uspokojonym sercem
musiałbym chyba wydać dziki jęk
zgonione tymczasem żywe zwierzę

dlatego tani fason powściągliwość
bo słońce uczysz mnie umiaru
tego co dajesz nie nazywam losem
jedynie kaprysem podniebienia
i nadal udaje się to przełknąć

więc dobrze już nic nie powiem
będę się cieszył tym co mam
mam drzwi które gdzieś majaczą
i mam je otworzyć ale nie otworzę
otwórz je ty o krok przede mną

tego poranka

a gdy skończy się udręka
w każdym słowie będzie cisza
miękkich głosek przędza miękka

jak w kolebce w puchy ciepłe
opleciony w dźwięków całun
dłonie wreszcie złożysz skrzepłe

prostą wizję tobie tworzę
nie zająkniesz się o śmierci
dokąd zechcesz odejść możesz

twoja droga gdzie się ściemni
pełniej będzie w twoim sercu
bo łagodnej dotkniesz ziemi

a gdy umkniesz tej boleści
że bez pytań jest odpowiedź
wtedy pokój znajdziesz wreszcie

trzeba myślom stamtąd wracać
są jak ptaki kiedy wiosna
w pustym niebie pieśń radosna

brzmią te śpiewy jak przesłanie
kiedy wzrasta hałas miasta
choć nie pojmę czekam na nie

z przygód nad jeziorem

nawet gdybyśmy wszyscy byli dziećmi
nie umiałbym pokazać nic pięknego
włóczęga z podwórka bywalec bagien
tym byłem

a teraz piękna szukać poza sobą jak
kiedy wewnątrz grząskie grząskie głębie
grząskie głębie i każdy głos chropawy
żabi

nęci jednak piękno bo jego syreni śpiew
każe wyrywać się wciąż do skoku
a póki mocne nogi póki mocne ramiona
póty życia

znam tych którzy pięknem naznaczeni
wśród chwiejnych jak trzciny tłumów
usłyszą trzepot skrzydeł i odnajdą
pióro fantastyczne

ale ja widzę tylko rozmarzłe jezioro
młode łabędzie zanurzają bure głowy
w zimną płyciznę a skruszony lód faluje
gra niemy koncert

nieswojo

mam obcy język w obcych ustach
wszystko co mówię to ucieczka
po fraz deptanych traktach

tak wielka przeszła tędy nędza
upadłych sensów kalekich znaczeń
odruchów jak zimowe dreszcze

gdy światło z trudem się przebija
korowód z pyłu się podnosi
i ust opuszcza ciemną jamę

i narodzenia krzyk narasta
bo żal źdźbła co chce wyrosnąć
lecz zginie słowami zadeptane

mam w ciele obce języka ciało
które gdy żyje żyje za mnie
karmię oddechem jego tkanki

mężczyzna ogląda apaszkę z Milanówka

tyle szczegółów pomija ciężkie męskie oko
nie że niezgrabnie ręka jedwab zgniecie
inaczej – ręka boi się zgłębić miękkość
więc oko ślepe choć tak widzieć pragnie

pragnie harmonii i jeżeli w puste miejsce
wpadnie męskie oko – tym bardziej pustoszy
by do ideału tej pustki wszystko pasowało
i zamiast miękkość zgłębić mocniej ślepnie

„miłość rozkładać jak złotą blachę gdy się kuje
z ziarna złotego” – wypukłe są słowa poety
jak złota maska pośmiertna ale zwykły żywy
mężczyzna nie jest wypukły jest wciąż płaski

i marzy by kwiecista materia owionęła szyję
na szyi umieszcza w myślach obraz głowy
obraz głowy wieńczy obraz kochanej kobiety
a całość na piedestale męskiej pustki

takie są najskrytsze marzenia mężczyzny
których nie wypowie nawet przed sobą
bo ani złote rękodzieło ani gładkie słówka
nic nie mogą przeciw malowanym kwiatom

dlatego trochę boi się jedwabiu mężczyzna
mądra była dłoń mistrzyni – kwiaty zrozumiała
i dała je po prostu tak jak one sobie żyją
zgnieść je może pochopna niecierpliwość

co skrywają i przed czym chronią kwiaty
kiedy w popłochu przed nimi cofa się oko
a nieśmiała męska dłoń bezradnie się tuli
dopóki nie zostanie w pustce odnaleziona

mój pierwszy dzień zimy

ucichły gazety kamery oślepły
wzrok ślizga się po czarnym ekranie
książki na półce w żałobnym kondukcie
milczą tak jak milczeć należy

to jest dzień pierwszy zimy
zbiec nie ma dokąd tkwi się
łapie balans na cienkim równoleżniku
tkwi się jeszcze nie spada

dawniej pewnie gorzej się wiodło
cisza sama z siebie gniotła
i naprawdę gliną był człowiek
tak zdumioną że chce usta otworzyć

ale teraz usypane sterty znaków
nic nie mówiące połamane litery
złudna obecność znaczenia
jak szron na kopcach liści

w tej zimnej szarej godzinie
reliktem życia jest nikłe ciepło
można je nieść jak pochodnię
w zgrabiałych dłoniach jedynych

niech ożyje do czego się zbliżę
o ile życie jest do do pojęcia
o ile trzeba do czegoś życia
o ile życia do czegoś trzeba